medycyna alternatywna

Medialne status quo

medycyna | 03 Lipiec, 2018 09:14

Wchodzenie w buty poprzedników stało się w państwowych mediach regułą wprowadzoną przez PiS, a kontynuowaną przez Platformę Obywatelską. Różnice polegają już tylko na tempie, w jakim wysadza się ze stołków poprzednią ekipę. Jedni robią to sprawniej, inni powoli. Jednak ani PiS, ani PO, ani inne parlamentarne ugrupowania nie chcą tak naprawdę likwidacji państwowej telewizji i państwowego radia, bowiem straciliby wpływ na to, co i jak prezentowane jest wyborcom. Nie chcą też likwidacji organów kontrolujących wszelkie media, bowiem straciliby wpływ na prywatnych nadawców. Ponad dwa lata temu pisałem w „Najwyższym CZASIE!” w tekście „PiS-owski Dworak Kwiatkowskiego”, iż ludzie Prawa i Sprawiedliwości wsadzeni do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz kierujący państwową telewizją i radiem niczego nie zmienią na lepsze. Wejdą w buty swych postkomunistycznych poprzedników i będą robić to samo, tylko na opak albo wspak. „Nawet gdyby wybrać najuczciwszych z uczciwych, niewiele by się zmieniło. Złe jest prawo i stworzony przez nie system” – pisałem w styczniu 2006 roku, gdy PiS przy poparciu Samoobrony i LPR w ciągu trzech dni zmieniło ustawę o radiofonii i telewizji, by móc wyrzucić z KRRiT postkomunistów i wybrać jej nowy, „swój” skład. Później to prezes rządzącej partii wybrał prezesa TVP i Polskiego Radia, a nie KRRiT. Dziś mamy powtórkę z rozrywki. Rządząca koalicja PO-PSL forsuje przez Sejm zmianę ustawy o radiofonii i telewizji, by wybrać swój skład KRRiT, a później zmienić szefów państwowych mediów. Jednak wiedząc, iż „ład medialny” w Polsce powstał zanim powstała Platforma, a nowi, „swoi” członkowie KRRiT mogą się uniezależnić od swych mocodawców – PO postanowiła kombinować ze zmianą organu kontrolującego wszystkie media elektroniczne w Polsce. Krajowa Rada Kontroli Wszelakiej Obecnie KRRiT ma nadane przez ustawę o radiofonii i telewizji ogromne kompetencje, które powodują, iż każdy prywatny właściciel telewizji czy radia musi się do niej wręcz łasić, by móc funkcjonować. Od arbitralnej decyzji KRRiT zależy, kto dostanie 10-letnią koncesję na nadawanie, czy zostanie ona przedłużona na następne lata i czy ktoś taką koncesję straci. 


W nadanej koncesji KRRiT może ustalić (i to robi), jakie konkretne programy mają być emitowane w prywatnych radiach i telewizjach. Nadto kontroluje, a nawet wręcz cenzuruje reklamy radiowe i telewizyjne. Także sama ustawa o radiofonii i telewizji narzuca prywatnym mediom mnóstwo zakazów i nakazów dotyczących reklam i programów, ich liczby, charakteru, czasu nadawania, sposobu produkcji, krajów, z których produkcje mogą pochodzić, języka, w jakim mają być pierwotnie wytworzone itp. Nad przestrzeganiem tych praw czuwa KRRiT, która decyduje, czy ktoś przestrzega zakazów i wywiązuje się z nakazów, oraz nakłada dotkliwe kary finansowe. Owa Rada jest więc z mocy prawa cenzorem, policjantem, prokuratorem, sędzią i zarządcą więzienia w jednej osobie. Państwowe media lewizny Trzeba przyznać, iż pięcioosobowy skład Rady z nominacji poprzedniej ekipy rządowej nie korzystał drobiazgowo ze swych prokuratorsko-sędziowskich uprawnień. O ile o działalności KRRiT i podejmowanych przez nią działaniach było głośno za czasów zasiadania w niej postkomunistycznego układu, o tyle w dwóch ostatnich latach było o niej cicho. Jak już pojawiały się zarzuty, to raczej o bezczynność KRRiT niźli o nadgorliwość. Rada obradowała rzadko i nie podejmowała konfl iktowych decyzji odnośnie prywatnych nadawców. Mało tego – to za nowej KRRiT powstała nowa (a raczej na nowo) ogólnopolska telewizja, z nowym zagranicznym koncernem medialnym jako inwestorem. Nie spodobało się to oczywiście Polsatowi i TVN, bo burzyło „ład” stworzony ponad dekadę temu. Jednak w ofercie państwowych mediów przez ostatnie dwa lata nie zmieniło się nic na lepsze. „Moda na sukces” bije kolejne rekordy najdłużej nadawanej „opery mydlanej”, a najlepszy polski serial science-fi ction „Na dobre i na złe” nadal przedstawia fałszywy obraz polskich szpitali i lekarzy. Poprzedniej ekipie wystarczyła tylko zamiana prezenterów „Wiadomości”, by uznali, że to już oznacza zmianę na lepsze w jakości podawanych informacji. Zarówno poprzedni prezes TVP Bronisław Wildstein, jak i obecny Andrzej Urbański nie podjęli nawet próby zreformowania niewydolnego molocha, zatrudniającego na etatach ponad 4 tys. osób, w którym działa 31 związków zawodowych. 


Cały czas mieli usta pełne frazesów o „misji mediów publicznych”, jednak nic z tego nie wynikało. Zapewne Wildstein, który obecnie jest wielkim zwolennikiem idei istnienia mediów publicznych, mówiąc o „misji”, miał na myśli swój nowy program publicystyczny, który niesie kaganiec oświaty. Tylko że za jego rządów w TVP przed południem, a więc w czasie najmniejszej oglądalności, Milton Friedman mówił o zaletach kapitalizmu, zaś wieczorem, w porze szczytowej oglądalności, leciały programy i fi lmy wychwalającej lewicowe idee. Nadal też nie wiemy, ile kosztuje wyprodukowanie owych „misyjnych programów”. Ze sprawozdania z działalności TVP w 2006 roku można wyczytać, iż do „misji” telewizja Wildsteina i Urbańskiego zaliczała produkcję mydlanych oper, czyli „Klanu”, „M jak Miłość” itp. Skandalem jest zaliczenie do misji sitcomów, czyli seriali komediowych, które na całym świecie przynoszą telewizji największe przychody – tak jak relacje z imprez sportowych, które w TVP i Polskim Radiu są „misyjne”, mimo że na reklamach wokół takich relacji oba państwowe media zarabiają krocie. Ormowcy mediów Obecni rządzący też nie mają pomysłu na sensowną reformę państwowych mediów, nie mówiąc o zmianach całego sytemu prawnego „ładu medialnego”. Ich projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji to wahania dziewicy, która chciałaby, a boi się. Platforma chciałaby zlikwidować KRRiT, ale boi się pozbyć kompetencji do niej przypisanych, o których wyżej napisałem. Dlatego rozbudowane kompetencje kontrolne Rady przekazuje prezesowi Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Teraz to szef UKE ma wydawać i odbierać koncesje, licencje i zezwolenia na nadawanie radiu czy telewizji. To prezes UKE będzie sprawdzał, czy nadawcy przestrzegają warunków koncesji i prawa, a KRRiT będzie mu w tym tylko pomagała, tak jak ORMO pomagało MO. Bowiem w według projektu nowelizacji art. 5 ustawy, Krajowa Rada będzie teraz „stała na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji”. Siedmiu (PO zwiększa o dwa liczbę miejsc w KRRiT) nowych członków Rady będzie mogło jedynie przeprowadzać konkursy do zarządów i rad nadzorczych państwowych mediów. 


Nadto do jej kompetencji będzie należało „inicjowanie postępowań sądowych i administracyjnych związanych z naruszeniami wolności słowa, przewidzianych w niniejszej ustawie oraz w ustawie Prawo prasowe”. Misja rządów status quo Nowelizacja autorstwa PO nie zmienia więc systemu opartego na państwowej kontroli działalności państwowych i prywatnych nadawców, a jedynie przesuwa kompetencje z jednego urzędu do drugiego. I nie ma już znaczenia, w jaki sposób ma być wybierana KRRiT czy prezes UKE. Nowelizacja nie zmienia także systemu działania państwowych mediów. Nadal będą fi nansowe z abonamentu i nadal nie będziemy wiedzieć, na co przeznaczane są pieniądze z przymusowego podatku. Dopiero po tygodniu od sejmowej debaty nad projektem zmian w ustawie medialnej szefostwo Platformy Obywatelskiej zdecydowało się zapowiedzieć, iż zamierza znieść abonament RTV. Na razie przymusowego haraczu na media państwowe nie będą musieli płacić emeryci i renciści, a od 2009 w ogóle podatek ten ma być zlikwidowany. Wywołało te niebotyczne oburzenie szefów państwowych mediów, a politycy PiS i ich przyboczni publicyści zaczęli rozgłaszać, iż w ten sposób PO spłaca wyborczy dług prywatnym telewizjom i radiom. Tymczasem zniesienie haraczu jest krokiem w dobrym kierunku. Rocznie na państwowe media Polacy płacą ponad 1 mld złotych. TVP dostała w 2006 roku z naszych kieszeni 508,8 mln zł i żali się, że to mało. W sprawozdaniu za 2006 rok prezes Andrzej Urbański pisze, iż na realizację misji musiał wydać 1,6 mld zł, więc abonament pokrywa tylko 1/3 wydatków. Jednak kilkanaście stron dalej do owej „misji” zalicza prawie wszystko, co nadała czy wyprodukowała TVP. Jedynie produkcji hollywoodzkich nie wliczono do „misji”. Zresztą na reklamach w 2006 roku TVP zarobiła ponad 1,1 mld złotych. Po doliczeniu przychodów z przymusowego haraczu daje to 1,6 mld zł i zostaje niewielki zysk. Widać więc, iż Wildstein i Urbański wszystko, co ich telewizja „wypluła”, wliczyli do „misji publicznych nadawców”. 
Zresztą z owych 508,8 mln złotych wpływów z naszych podatków TVP od razu wydaje 417 mln zł. Tyle właśnie kosztuje roczne utrzymanie 16 wojewódzkich ośrodków regionalnych. Nic dziwnego, że tak dużo, skoro nikt w TVP nie liczy się z kosztami. Przekonałem się o tym w zeszłym roku, gdy stałem się jednym z bohaterów fi lmu dokumentalnego wyprodukowanego przez państwową telewizję. Realizację fi lmu zleciła centrala TVP w Warszawie ekipie z TVP Katowice. Tylko że zarówno wszyscy bohaterowie, jak i temat dokumentu znajdowali się w stolicy. Dlatego kilkuosobowa ekipa TVP Katowice przyjeżdżała na zdjęcia i nagrania ze Śląska do Warszawy służbowym mikrobusem. Tak właśnie wygląda racjonalne wykorzystanie środków a la państwowe media. Uwolnić rynek Likwidacja abonamentu i wymiana władz państwowych nadawców niewiele pomoże. Nowe zarządy nie będą ani gorsze, ani lepsze od swych poprzedników. Będą robiły to samo, tylko inaczej. Też będą myśleć, iż wymiana prezenterów programów informacyjnych wystarczy do poprawy jakości. Programy będą produkować ci sami ludzie, którzy produkowali je przez ostatnie 20 lat – bez względu, czy rządził Kwiatkowski, czy Wildstein. Treści też nie będą się specjalnie różnić. Recepta na wszelkie zło w mediach jest prosta: uwolnić rynek. Zlikwidować wszelkie uprawnienia kontrolne jakichkolwiek państwowych urzędów wobec mediów. Znieść koncesje na nadawanie. Emitować program mógłby każdy, kto nabyłby od państwa częstotliwości na otwartych i jawnych aukcjach. Natomiast państwowe radio i telewizję trzeba po prostu zlikwidować. Nawet nie próbować prywatyzować, tylko zlikwidować. Sprzęt państwowych molochów sprzedać – choćby nawet na allegro czy e-bay. A jest to poważna kwota. Według danych na koniec 2005 roku, majątek rzeczowy TVP to ponad 533 mln zł. Ze sprzedaży można by było uzyskać blisko 1 mld zł, a do tego dochodzi jeszcze majątek Polskiego Radia. Lekko licząc – 1,5 mld zł dochodu z likwidacji państwowych mediów. Zwolnione przez TVP i PR częstotliwości też sprzedać na aukcjach, gdzie wygrywa ten, co zaoferuje najwyższą cenę. Tu jednak powinien być jeden warunek: te radia i telewizje prywatne, które mają już ogólnopolski zasięg, by nabyć częstotliwość po państwowych mediach, muszą zrezygnować z dotychczasowych. Dlaczego? Dlatego, by Polsat, TVN, RMF, Radio Zet itp. nie mogły zdobyć dominującej pozycji na rynku, podzielić go między siebie i w ten sposób nie dopuszczać do niego żadnego nowego gracza. Jeśli będą musiały zwolnić swoje częstotliwości, by nabyć nową, to zastanowią się, czy to im się opłaca, a bez względu na swoją decyzję zostawią miejsce na powstanie zupełnie nowej telewizji czy radia. Tylko taka reforma ma jakikolwiek sens. Wszelkie inne to łatanie socjalizmu

Komentarze

Dogaj komentarz
 
Provided by Multiblog.net - easy blogging platform
P0wered by L1fe7ype - De51gn by Ba1earWe6